Od dawna fascynowało mnie zjawisko przemijania. W tym miejscu należy stanowczo podkreślić różnicę, jaka istnieje między pojęciami "czas" a "przemijanie". Przemijanie jest procesem działającym na większość obiektów/organizmów, na który dodatkowo nie mamy wpływu. Jego istnienie jest nieuniknione i niepodważalne, w odróżnieniu od czasu, który jest wynalazkiem człowieka...
Czas został niejako wprowadzony do życia codziennego. Człowiek, poprzez obserwacje ruchu ciał niebieskich (który skutkuje cyklicznym pojawianiem się zjawiska dnia i nocy), począł nazywać i rozróżniać poszczególne etapy dzielące np wschód od zachodu Słońca (powstały więc godziny). Podział taki można porównać do banalnej drewnianej linijki. Ma ona swój początek i koniec (krawędzie), jednak między nimi istnieje jeszcze nieskończenie wiele kresek i tylko od człowieka zależy, które pogrubi, wyznaczając dzięki temu pewną miarę.
Dlatego wg człowieka jedyną miarą w odniesieniu do Wszechświata, którą można używać, jedynym punktem odniesienia, na którym może się oprzeć, jest przemijanie. Do tego dochodzi problem "zagadki powstania Wszechświata". Wierzący twierdzą, ze powstał on dzięki cudownemu działaniu siły wyższej, czyli Boga. Ateiści i naukowcy doszukują się różnorakich teorii, mających swój początek (a często również i koniec) w Wielkim Wybuchu. Nie kwestionuję w tym miejscu prawdziwości powyższych twierdzeń, jednak moim zdaniem i jedni i drudzy są w pewnym sensie ślepi. Bowiem nie przyjmują do wiadomości możliwości, że Wszechświat mógł nigdy nie powstać.
Wszystko, co widzimy, czego możemy dotknąć (a także to, czego dotknąć nie jest nam dane) jest poddane pewnemu procesowi. Aby ułatwić zrozumienie istoty przemijania, wdrożony został system czasu. "Średnia długość życia człowieka - 65 lat, gwiazd - X lat, etc". Sugeruje to, że dany obiekt miał swój początek w przeszłości, będzie istniał przez pewien okres czasu, po którym zmieni stan skupienia/przestanie istnieć/zupełnie zmieni swoją formę i funkcję. Czy taką samą miarę możemy zastosować w odniesieniu do czegoś, co znamy w niewielkim stopniu (zaryzykuję stwierdzenie, ze nie znamy "tego" praktycznie w ogóle, co wynika tylko i wyłącznie z naszej niewiedzy odnośnie prawdziwych rozmiarów Wszechświata)?
Całkiem niedawno doszedłem do wniosku, że Wszechświat możnaby porównać do ludzkiego serca z jednym tylko wyjątkiem - serce rodzi się i umiera, a moja hipoteza zakłada istnienie Wszechświata - bez jego początku i końca. Zastanówmy się, czym mógł być ów "Wielki Wybuch". Być może była to eksplozja wywołana nadmiarem skomasowanej materii, która kiedyś była czymś na kształt rzeczywistości, podobnej do tej, w której egzystujemy teraz? Przypuszczenia te oparłem na tezie, ze Wszechświat nieustannie się kurczy. Czy w obliczu powyższego, nie zachodzi ewentualność, że "kurczenie się", którego jesteśmy świadkami, mogło kiedyś już występować? Na przykład przed Wielkim Wybuchem?
W tym momencie dochodzimy do meritum rozważań. Wg mnie, Wszechświat rozrasta się, by następnie się skurczyć (stąd porównanie do ludzkiego serca), a proces ten zachodzi bez przerwy oraz bez żadnych ograniczeń liczbowych czy czasowych. Być może z każdym kolejnym wybuchem tworzy się zupełnie nowa rzeczywistość, nowe ciała niebieskie, gwiazdy. Być moze nigdy nie było "początku" Wszechświata, tak jak nigdy nie będzie jego "końca", jest tylko "trwanie"? Konstrukcja ludzkiego umysłu, jego moralność i przyzwyczajenia sprawiają, ze trudno jest wyobrazić sobie przedstawiony przeze mnie stan rzeczy i zdaję sobie sprawę, że ów stwierdzeniami zaprzeczam nauczaniu wielu religii, ich koncepcjom. Jednak czy nie taka jest rola filozofów..? Człowiek różni się od innych organizmów żywych: posiadł bardzo dobrze rozwinięty umysł (pomijam fakt, że wykorzystuje go w stopniu skandalicznie małym), który wypadałoby dobrze wykorzystać. Co niniejszym czynię, a pomagają mi w tym komputer, Internet i własne palce ;)
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz